Październik 10th, 2018

 

Pyszna, lekka i orzeźwiająca sałatka z melonem jest szybka w przygotowaniu i bardzo kolorowa. Moi konsumenci byli zachwyceni, więc zapraszam i zachęcam 🙂

 

1 paczka mieszanych sałat
1 melon
kilkanaście pomidorków koktajlowych (czerwonych żółtych lub najlepiej mieszanych), 
150 g sera feta,
sok z jednej cytryny, 
3 łyżki oliwy, 
1 łyżeczka miodu, 
1 łyżeczka słodkiej musztardy
sól i pieprz 

 

Sałatę płuczemy i zostawiamy na papierowym ręczniku do wyschnięcia. Melona kroimy na pół, wyjmujemy pestki i specjalną łyżeczką wydrążamy kuleczki. Część pomidorków kroimy na pół, część pozostawiamy w całości.  Fetę kroimy w kostkę.

Z soku z cytryny, musztardy, miodu i oliwy przygotowujemy sos. Doprawiamy go solą i pieprzem.

Układamy warstwami: sałatę, melona, pomidorki i fetę. Polewamy przygotowanym sosem.

 

 

 

 

0
Posted in kulinaria |
Październik 6th, 2018

 

Czekoladowy biszkopt:

 

4 jajka, w temperaturze pokojowej

200 g cukru pudru

70 g mąki pszennej

70 g mąki ziemniaczanej

2 pełne łyżki kakao

 

Piekarnik nastawić na 180 stopni. Dno tortownicy o średnicy 21 cm wyłożyć papierem do pieczenia, zapiąć obręcz pozostawiając papier na zewnątrz. Dno i boki posmarować masłem i oprószyć drobnym kokosem.

Żółtka ucierać z połową cukru pudru przez kilka minut, do momentu aż powstanie puszysta i gęsta masa. W drugiej misce ubić białka z resztą cukru pudru. Piana powinna być gęsta i lśniąca.

Mąkę pszenną, mąkę ziemniaczaną i kakao przesiać razem do oddzielnej miski i wymieszać.

Wymieszać delikatnie żółtka z białkami za pomocą szpatułki. Następnie do masy przesiać połowę mieszaniny mąki z kakao i bardzo delikatnie wymieszać szpatułką, nie niszcząc ubitej piany. Wsypać drugą część mieszanki i znów delikatnie połączyć. Całą masę wyłożyć do przygotowanej tortownicy. Piec przez 35 minut.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, ustawić na kratce. Po wystudzeniu przekroić na 3 blaty.

 

składniki masy serowej:

 

500 g serka mascarpone

250 ml śmietany kremówki

4 łyżki cukru pudru

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

1 szklanka lekko osłodzonej herbaty z cytryną

płatki czekoladowe do dekoracji

jabłuszka rajskie kandyzowane do dekoracji

12 kulek rafaello do dekoracji

 

Serek mascarpone zmiksować ze śmietaną kremówką i cukrem pudrem (zarówno śmietana jak i serek muszą być z lodówki). Do masy dodać ekstrakt waniliowy – wymieszać.

 

Frużelina morelowa:

 

500 g moreli

3 łyżeczki żelatyny

3 łyżki cukru

1 łyżka soku z cytryny

1 łyżeczka mąki ziemniaczanej rozpuszczona w 1 łyżce wody

 

Żelatynę zalać zimną wodą, odstawić do napęcznienia. Morele wypestkowane i pokrojone wymieszać z cukrem. Gotować około 5 minut ciągle mieszając. Dodać rozpuszczoną w wodzie mąkę ziemniaczaną i ponownie zagotować.  Do gorących owoców dodać napęczniałą żelatynę, wymieszać.

 

Składanie tortu:

 

W zapiętej obręczy tortownicy umieścić jeden blat biszkoptu, nasączyć herbatą i rozsmarować na nim 1/3 masy. Przykryć drugim blatem, lekko docisnąć, aby masa równomiernie się rozprowadziła. Blat nasączyć i wyłożyć na nim frużelinę morelową. Na frużelinie umieścić trzeci blat, docisnąć. Wyłożyć 1/3 masy, wygładzić. Pozostałą masą wysmarować boki tortu.  Torcik udekorować płatkami czekoladowymi, kulkami rafaello i rajskimi jabłuszkami. Schłodzić w lodówce przynajmniej trzy godziny.

 

 

0
Posted in kulinaria |
Październik 5th, 2018
 
 
 
Cace pops – przypominają nieco bajaderkę lub pralinkę tyle, że na patyku. Powstają z kawałków ciasta połączonego kremem (serkiem mascarpone, nutellą itp.), uformowanego w kulki, osadzonego na patyczku i udekorowanego według uznania i polotu.
Ciasteczkowe lizaki są urzekające. Dekorowanie ich to kreatywna zabawa. Im bardziej kolorowe, tym większy podziw dzieciaków, które są głównymi adresatami tych słodkich piękności.
A najważniejsze, że są bardzo uniwersalne. Za każdym razem można otrzymać inny smak, inny wygląd. Wystarczy zmienić ciasto na bazie którego powstają, krem (czyli spoiwo), polewę no i ozdoby.
 
Mój debiut to ciasto murzynek, serek mascarpone, czekolada gorzka i mleczna oraz różne posypki.
 
400 g ciasta (np. babka jogurtowa, czekoladowa, murzynek)
200 g kremu (np. serek mascarpone lub pół na pół mascarpone i nutella)
200 g czekolady (100 gorzkiej i 100 g mlecznej)
1 łyżka oleju
kolorowe posypki, wiórki kokosowe, zmielone orzechy etc.
 
 
Upieczone i ostudzone ciasto kruszymy lub blendujemy na miałko. Dodajemy serek mascarpone i dokładnie mieszamy. Z tak otrzymanego ciasta tworzymy kulę, zawijamy w folię i wkładamy do lodówki na 1 godzinę. 
Z ciasta formułujemy kulki, nabijamy na patyczki (do połowy kulki) i wkładamy do zamrażalki na 30 minut.
Czekolady z olejem rozpuszczamy w kąpieli wodnej.
Oziębione w zamrażalce kulki polewamy rozpuszczoną czekoladą a następnie wybraną posypką.
Umieszczałam zrobione kulki w naczyniu wypełnionym ryżem (można je nabić np. w kulę styropianu).
 
 

 

 

0
Posted in kulinaria |
Październik 5th, 2018

Kotlety ziemniaczane mogą zastąpić tradycyjne ziemniaki, można je potraktować jako oddzielne danie podając z sosem, jogurtem czy kwaśną śmietaną. 

 

1/2 kg ugotowanych ziemniaków

200 g pieczarek

2 łyżki posiekanej natki pietruszki

2 łyżki posiekanego koperku

2 łyżki posiekanego szczypiorku

1 mała cebula drobno posiekana i zeszklona na maśle

2 łyżki bułki tartej + do panierowania

sól i pieprz do smaku

olej do smażenia

 

Ugotowane ziemniaki po lekkim przestudzeniu przepuszczam przez praskę. Pieczarki ścieram na tarce o grubych oczkach i obsmażam na łyżce masła do momentu odparowania wody. W trakcie smażenia doprawiam pieczarki solą i pieprzem. Cebulę drobno siekam i przesmażam na maśle.

Wszystkie składniki (ziemniaki, pieczarki, cebulę, posiekaną zieleninę, bułkę tartą i jajo) dokładnie mieszam i doprawiam solą i pieprzem. Z masy formułuję kotleciki, panieruję w bułce i smażę na oleju na rumiano.

Pyszne chrupiące z wierzchu i miękkie w środku mniam 🙂

 

0
Posted in kulinaria |
Październik 4th, 2018

Reminiscencja z Frank przedstawiona na fotografiach.

Na początku moi mali ulubieńcy. Wracam często wspomnieniami do chwil spędzonych w ich towarzystwie. Ania moja mała przyjaciółka, z którą mamy wspólny język w wielu kwestiach. Do niemal codziennego naszego rytuału należało czytanie bajek i układanie puzzli. Czasem również Pawełek dołączał do nas. Niekiedy zabawy w trójkę kończyły się maleńką awanturką. Samo życie. Dzieci w końcu dochodziły do porozumienia, choć czasem niezbędny był negocjator.

 

 

Podwórkowe harce  w wykonaniu najmłodszych przybierały różne formy. Popisów co nie miara. Kreatywność często zaskakująca, ale zawsze bardzo ciekawa, czasem nawet intrygująca.

 

 

Młode pokolenie w komplecie. Chwile spędzane w takiej konfiguracji były bardzo wesołe i gwarne. Starsze dziewczynki zawsze znajdowały wspólne porozumienie a ich poczynania i zabawy były czasami zaskakujące  (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu).

 

 

Świąteczny obiad w towarzystwie całej rodziny.

 

 

Moja kochana Aldonka ma już 49 lat… Jej jubileusz świętowaliśmy wesoło i z humorem. Aldonko jeszcze raz sto lat i niech Ci się spełni pomyślane w tym dniu życzenie 🙂

 

 

W Białymstoku byliśmy w czasie urlopu trzykrotnie. Nasza pierwsza wyprawa ograniczyła się do spaceru po plantach, obiadu i lodów. Upał w tym dniu był potworny. Zimny chłodnik, lody i cień starych drzew na plantach pozwolił choć trochę zmniejszyć dotkliwość tropikalnego skwaru.

 

 

Celem kolejnych dwóch wypraw do Białegostoku były mecze Jagiellonii. I chociaż na boisku nie zawsze było do śmiechu, to my bawiliśmy się wspaniale. No cóż tak to bywa w grze raz na wozie, raz pod…

 

 

Siedziba Narwiańskiego Parku Narodowego w Kurowie mieści się w uroczym dworku. Na terenie byłego parku dworskiego mieści się ogródek dydaktyczny, jest wieża widokowa oraz kładka wśród bagien. Wspaniałe miejsce, przyjemnie zorganizowane i bardzo przyjazne dla turysty. To ostatni, zachowany w niemal naturalnym stanie fragment bagiennej doliny rzecznej. Nie dziwota, że zawsze odwiedzamy Kurowo. Tak było i w tym roku.

 

 

Dobry sposób na zbiór węgierek. Nie potrzeba drabiny… A węgierki były wspaniałe. Ich przetwory do dziś goszczą w mojej piwnicy.

 

 

W drodze powrotnej. Chwila wytchnienia i odpoczynku tradycyjnie w Swaderkach 🙂

 

 

 

0
Posted in inne |
Październik 3rd, 2018

Nie da się zaprzeczyć, że lubimy wieś, zwłaszcza starą, która powoli odchodzi w zapomnienie. Dlatego bardzo chętnie odwiedzamy takie miejsca. Koryciny niewątpliwie kojarzą się właśnie z takimi klimatami. Byliśmy tu już trzeci raz. Na tę turystyczną eskapadę zabrał nas Grzesiu i Jola. Pogoda dopisała. Mogliśmy spędzić kilka wspaniałych godzin wśród natury, urzekać się pięknem kwiatów i ziół oraz ich obłędnym zapachem. A przy tym dobrze się bawić.

Zioła tu produkowane są nieodzownym elementem moich kulinarnych poczynań. Mogę je kupić u siebie w Gdańsku, ale będąc w Korycinach nigdy nie wracam z pustą ręką. Kiedy odwiedzam tutejszy sklep z Darami Natury zawsze  wychodzę z niego suto zaopatrzona w zioła i przetwory tu produkowane.

Tym razem nieco zawiodła nas tutejsza karczma. Chyba nie trafiliśmy z wyborem dań. Najgorzej trafił Grzegorz… Ale to bynajmniej nie popsuło nam dobrego nastroju. Nie mniej jednak poobiednią kawę skonsumowaliśmy gdzie indziej.

 

 

„Krętymi drogami”  udało się nam trafić do wsi Pomigacze, na uboczu której mieści się Majątek Howieny. Tu w klimatycznym miejscu napiliśmy się dobrej kawy. Były też lody i sernik, na które niestety trzeba było  trochę poczekać, jednak ich ogromna porcja całkowicie nam to zrekompensowała.

Majątek otoczony jest lasami i drewnianym ogrodzeniem, a za nim bardzo stare, drewniane zabudowania, okazały dworek w którym mieści się karczma. Wszystkie zabudowania są  autentyczne, wiekowe, przywiezione czasem z odległych okolic. Miejsce naprawdę godne polecenia 🙂

 

 

Z Pomigacz to już tylko przysłowiowe dwa kroki do Niewodnicy. Tam właśnie trafiliśmy. W gabinecie – co za niespodzianka – Bazylika katedralna w otoczeniu murów starego Gdańska. Wybór miejsca na obraz w pełni zakceptowany. Super. Mamy nadzieję, że patrząc na to malarskie dzieło będziecie czasem nas wspominać 🙂

 

 

0
Posted in inne |
Październik 2nd, 2018

Twierdza położona jest na bagnach, w zwężeniu doliny Biebrzy, na trasie Białystok – Ełk, kilka kilometrów za Mońkami.

Kilka lat temu próbowaliśmy zwiedzić Twierdzę Osowiec. Niestety ulewa, jaka nas tam zastała nie pozwoliła  zrealizować tego planu. Wróciliśmy więc tu ponownie.

Ze względu na położenie twierdzy na terenie jednostki wojskowej, zwiedzanie dostępne jest tylko z przewodnikiem.

Przewodnik czeka na grupę zwiedzających przed wejściem do jednostki wojskowej. My trafiliśmy na Pana Mirosława Woronę, który historię tego miejsca przedstawił w sposób nietuzinkowy i humorystyczny. To prawdziwy pasjonat. Poświęcił temu miejscu większość swojego życia. Każdemu zwiedzającemu indywidualnie przeznaczył choć chwilę uwagi. Były żarty, opowiastki no i drobne nagrody dla każdego.

Ze składających się na obiekt czterech fortów, do zwiedzania udostępniony jest tylko pierwszy fort centralny. W nim mieści się również Muzeum Twierdzy. Pozostałe ze względu na zły stan techniczny są niedostępne.

W okresie 1882 – 1892 w Osowcu wybudowana została jedna z największych twierdz chroniących północno-zachodnie granice Imperium Rosyjskiego.

Jej rozbudowa trwała aż do wybuchu I wojny światowej. W czasie wojny Niemcy przez ponad pół roku przeprowadzali ataki na twierdzę aż 1915r. wojska rosyjskie zmuszone były do opuszczenia fortyfikacji. Wojska niemieckie stacjonowały tu do 1919r. Potem Polacy zostali gospodarzami fortu.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, Niemcy objęli fortecę na krótko, bo zgodnie z paktem Ribbentrop – Mołotow została przekazana wojskom sowieckim.

Twierdza Osowiec została wpisana do rejestru zabytków. To najcenniejszy (obok Kanału Augustowskiego), obiekt na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

 

 

Tego samego dnia odwiedziliśmy miejsce kaźni niemal wszystkich mieszkańców Tykocina w lesie łopuchowskim.

Panuje tu wymowna cisza oraz uczucie smutku i żalu. Każdy kto odwiedzi to miejsce nie może przejść wobec tej zbrodni obojętnie. Dla mnie było to porażające i niebywale zatrważające przeżycie.

Do tej niewyobrażalnej tragedii doszło w dniach 25 i 26 sierpnia 1941 roku w lesie koło Łopuchowa. Wcześniej rozkazano setkom chłopów z okolicznych wsi wykopać trzy głębokie doły. Każdy z nich miał dwanaście metrów długości, cztery metry szerokości i pięć metrów głębokości. Niemcy, funkcjonariusze 306 i 309 policyjnego batalionu seriami z karabinów maszynowych mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci żydowskie. W sumie ponad 500 rodzin. Leśne mogiły skrywają ciała bez mała 2.400 osób.

Po wyzwoleniu masowe groby zostały oznakowane. Na wzniesionym w tym miejscu pomniku umieszczono napis o treści: „Tu spoczywają Żydzi z Tykocina i okolic zamordowani przez hitlerowców w sierpniu 1941 roku. W 50 rocznicę zbrodni mieszkańcy ziemi tykocińskiej”.

 

 

0
Posted in inne |
Październik 2nd, 2018

Do Supraśla,  małego miasteczka w Puszczy Knyszyńskiej, wiedzie z Białegostoku kręta droga przez piękne lasy. To miasto ma ponad 500 letnią historię. Leży nad wijącą się niczym wąż rzeką Supraśl, która jest dopływem Narwi. To bardzo spokojna rzeka pełna malowniczych zakoli.

Supraśl odwiedziliśmy kilka lat temu. Wtedy zwiedziliśmy Monaster. Tym razem naszym celem było muzeum ikon. W trakcie zwiedzania towarzyszą śpiewy liturgii prawosławnej.  Przewodnik dokładnie omawia symbolikę ikon, sztukę ich pisania i historię. Byliśmy zachwyceni panią, która nas oprowadzała. Robiła to bardzo profesjonalnie, przystępnie i z dużą kulturą. Z ogromnym zainteresowaniem słuchaliśmy i oglądaliśmy przepiękne zbiory muzealne. Muzeum szczyci się największym w Polsce zbiorem XVIII, XIX i XX-wiecznych ikon. Oprócz ikon można tu podziwiać XVI-wieczne freski pochodzące z cerkwi Zwiastowania NMP. Zbiory ikon to głównie zdobycze podlaskich celników, które zostały odebrane przemytnikom na granicy.

 

 

Będąc w Supraślu trudno nie wstąpić do pobliskich Kruszynian.  Ta niewielka wieś leży obok granicy z Białorusią. Miejscowość niezwykła. Obok Białegostoku to największe centrum polskich Tatarów. Żyje tu sześć tatarskich rodzin. Obok nich także prawosławni i katolicy.

Pierwsze kroki skierować należy do meczetu zbudowanego w 1975 roku. Wyjątkowo barwnym i dowcipnym przewodnikiem jest Dżemil Gembicki. Jego opowieści o historii i zwyczajach tatarskich przeplatane są różnymi dowcipami, którymi Pan Dżemil sypie jak z rękawa.

 

 

Nieopodal za meczetem, w lesie na wzgórzu znajduje się mizar  –  cmentarz muzułmański.

 

 

Oczywiście wycieczka do Kruszynian nie byłaby udana, gdyby nie odwiedzić Tatarskiej Jurty, gdzie u Pani Dżennety  pokosztować można specjały kuchni tatarskiej. Przeto zaraz po zwiedzaniu udaliśmy się do rzeczonej Jurty.

 

 

Rysiu rozpoczął chłodnikiem, który w ten upalny dzień smakował wyśmienicie.

 

 

Wyśmienity był także pierekaczewnik . To danie z bardzo cienko rozwałkowanego ciasta jak na makaron przekładane mięsem z  jagnięciny.

 

 

Manty – pierogi gotowane na parze z białym serem, bardzo dokładnie przemielonym, jogurtem oraz sosem malinowym. Rysiu zamówił to danie na deser i się nie zawiódł. Były wyśmienite.

 

 

Natomiast manty na ostro z białym serem, czosnkiem i marchewką, polane suto masłem i posypane z wierzchu orzeszkami mnie osobiście nie przypadły do gustu. Były za mało wyraziste w smaku.

 

 

Blisko 50 km od Kruszynian trafić można do Bohonik. To mała wioska licząca 30 domów. Mieszkają tu cztery rodziny muzułmanów.

Meczet odbudowany w XIX wieku figuruje w rejestrze zabytków.

Dzięki uprzejmości opiekującej się nim Tatarki Pan Eugenii Radkiewicz można odwiedzać meczet codziennie. Pani Eugenia siada na schodach minbaru i opowiada o tym jak król Sobieski nadał Tatarom tutejsze ziemie, o tym jak wyglądają ich modlitwy, w co wierzą i jakim prawom islamu podlegają. Na koniec swojego wywodu zadaje pytania zwiedzającym, niczym nauczyciel w szkole, sprawdzając co zapamiętali z jej wypowiedzi.

 

 

Tyle o Supraślu, Kruszynianach i Bohonikach, które były celem naszej jednodniowej wyprawy. Przed nami jeszcze inne wycieczki, o którym wspomnę niebawem.

 

0
Posted in inne |
Październik 1st, 2018

Nie byłoby urlopu na Podlasiu, gdybyśmy nie odwiedzili Tykocina. W tym roku byliśmy tu aż siedem razy. Dla nas to miasteczko oprócz wyjątkowego klimatu posiada również magię. To ona właśnie przyciąga nas tu niczym magnes. I chociaż w trakcie naszych turystycznych wojaży widzieliśmy wiele klimatycznych miasteczek, to Tykocin pod wieloma względami jest szczególny.

Spacerując po rynku, gdzie góruje XVIII wieczny pomnik Stefana Czarneckiego i barokowy kościół czy Alumnat, odpoczywając na ustawionych wzdłuż rynku ławkach można zaznać autentycznego spokoju i wyciszenia.

Wspomniałam o magi tego miasteczka. Wynika ona najpewniej z historii tego miejsca. Nostalgia,  rozważanie, żal i tęsknota za tym światem, który przeminął bezpowrotnie i po którym pozostały tylko nieliczne ślady pamięci.

 

 

Na rynku zachowało się kilka drewnianych domów. We wnętrzu jednego z nich przy ulicy Placu Czarneckiego 10 urządzono niewielką wystawę na temat śladów tykocińskiej architektury drewnianej.

Na wystawie pod nazwą „133 opowieści – Tykocin w latach 1885 – 2018” miasteczko prezentowane jest poprzez opowiadania o losach mieszkańców oraz przedmiotów.

Początek opowieści to rok 1885  czyli rozpoczęcie budowy domu przy Placu Czarnieckiego 10 przez Maksymiliana Kizlinga, mularza z Saksonii.

Ekspozycja została przygotowana  z mieszkańcami miasta i potomkami Żydów tykocińskich z Izraela, Australii, USA i Turcji. Eksponowane są tu różne pamiątki rodzinne, fotografie, dokumenty urzędowe i przedmioty życia codziennego. Można tu odsłuchać bardzo poruszające wspomnienia Abrahama Turka ocalonego z zagłady tykocińskiego lekarza. Wystawa prezentuje bardzo interesująco również powojenne losy Tykocina.

Ta nowa, bo otwarta 1 lipca 2018 roku wystawa jest naprawdę godna polecenia. Po prostu wchodzi się do otwartego dla każdego przechodnia domu bez żadnych biletów i opłat.

 

 

Przepyszne tradycje kuchni żydowskiej można skosztować w kultowej restauracji Tejsza lub Villa Regent.

W tym roku odkryliśmy jeszcze jedno miejsce, gdzie szef kuchni naprawdę ma smak i potrafi przyrządzać wyśmienite polskie dania ze świeżych regionalnych produktów. Taką laurkę wystawiam restauracji Alumnat, w której za sprawą nowego właściciela nastąpiła zmiana,  zarówno w wystroju,  jak i przede wszystkim w serwowanych daniach. Wracaliśmy tu kilka razy i nigdy się nie zawiedliśmy 🙂

 

 

Z Tykocina dobrą ale wąską asfaltówką, pięknie położoną wśród lasów, dojechać można do słynnych już w Polsce Kiermus, znanych z ostoi żubra oraz dworku i restauracji Rzym malowniczo położonych nad Narwią.

W tym roku wpadliśmy tu dwukrotnie. Można tu zawsze liczyć na wspaniałą obsługę i proponowane codziennie nowe menu składające się z trzech dań głównych, dwóch zup i gwarantowanego wyjątkowego deseru.

W te upalne dni mogliśmy w cieniu i towarzystwie niezwykle ufnych i pięknych kotów skosztować podlaskich smakołyków.

To także dobre miejsce na studiowanie map i przewodników, co Rysiu bardzo skrupulatnie czynił. Wyszukiwał nowe miejsca do których chcieliśmy dotrzeć.

Ja miałam w tym czasie możliwość chłonięcia licznej lektury, w którą na podróż zaopatrzyła mnie Anitka. 

 

Kiedy z Kiermus zajrzeliśmy do pobliskiego Pentowa zanosiło się już na niezłą burzę. Mimo to chcieliśmy sprawdzić, czy w Pentowie  jeszcze są bociany, które jak wcześniej pisałam, w większości  opuściły już podlaskie strony. 

Na szczęście okazało się, że w Pentowie jeszcze gościły. Naliczyliśmy 21 bocianów i spiesznie udaliśmy się do samochodu aby czym prędzej uciec przed nadciągającą burzą.

 

 

Dotarliśmy do Lach tuż przed burzą, a właściwie nawałnicą, która w ciągu kilkunastu minut powaliła wiele drzew, w tym wiśnię, w cieniu której jeszcze kilka dni temu odpoczywaliśmy na huśtawce.

 

 

Na dalszy ciąg moich wakacyjnych relacji zapraszam niebawem 🙂

 

 

0
Posted in inne |
Wrzesień 30th, 2018

Jak co roku w Swaderkach pierwszy przystanek w naszej podróży na Podlasie. Łyk kawy, krótki spacer po lesie, delektowanie się piękną taflą jeziora i rozpościerającą się wokół niego panoramą.

 

 

Zboczyliśmy nieco z ustalonej trasy aby odwiedzić miejsce pogromu ludności żydowskiej w Jedwabnem. Chcieliśmy pochylić głowę nad tą okrutną zbrodnią i uczcić pamięć pomordowanych.  Należy pamiętać do czego prowadzi szowinizm, rasizm i nietolerancja. Pamięć o mordzie w Jedwabnem  jest potrzebna aby już nigdy nie powtórzyło się taka tragedia.

 

 

Z Jedwabnego – prosto do celu naszej podróży. Anula i Paweł od razu wykazały się aktywnością. Pierwsza propozycja jaką otrzymałam to wizyta u cielaków, krów i kur z kogutem na czele grzebiącego stada. Rozmowy, jakie prowadziliśmy były zabawne i rozczulające. Szczerość i prostota bycia jest u dzieci bezcenna. Fotografie poniższe to nie tylko moje dzieło. Część obrazów wykonywały dzieciaki. Małe spryciule. Wychodziło im to całkiem dobrze 🙂

Po obchodzie gospodarstwa były popisy i zabawy a na koniec kapeluszowe przymiarki 🙂

 

 

Taki był początek naszego urlopu. Dalszy ciąg relacji niebawem 🙂

 

 

 

0
Posted in inne |