Tykocin i okolice

Nie byłoby urlopu na Podlasiu, gdybyśmy nie odwiedzili Tykocina. W tym roku byliśmy tu aż siedem razy. Dla nas to miasteczko oprócz wyjątkowego klimatu posiada również magię. To ona właśnie przyciąga nas tu niczym magnes. I chociaż w trakcie naszych turystycznych wojaży widzieliśmy wiele klimatycznych miasteczek, to Tykocin pod wieloma względami jest szczególny.

Spacerując po rynku, gdzie góruje XVIII wieczny pomnik Stefana Czarneckiego i barokowy kościół czy Alumnat, odpoczywając na ustawionych wzdłuż rynku ławkach można zaznać autentycznego spokoju i wyciszenia.

Wspomniałam o magi tego miasteczka. Wynika ona najpewniej z historii tego miejsca. Nostalgia,  rozważanie, żal i tęsknota za tym światem, który przeminął bezpowrotnie i po którym pozostały tylko nieliczne ślady pamięci.

Na rynku zachowało się kilka drewnianych domów. We wnętrzu jednego z nich przy ulicy Placu Czarneckiego 10 urządzono niewielką wystawę na temat śladów tykocińskiej architektury drewnianej.

Na wystawie pod nazwą „133 opowieści – Tykocin w latach 1885 – 2018” miasteczko prezentowane jest poprzez opowiadania o losach mieszkańców oraz przedmiotów.

Początek opowieści to rok 1885  czyli rozpoczęcie budowy domu przy Placu Czarnieckiego 10 przez Maksymiliana Kizlinga, mularza z Saksonii.

Ekspozycja została przygotowana  z mieszkańcami miasta i potomkami Żydów tykocińskich z Izraela, Australii, USA i Turcji. Eksponowane są tu różne pamiątki rodzinne, fotografie, dokumenty urzędowe i przedmioty życia codziennego. Można tu odsłuchać bardzo poruszające wspomnienia Abrahama Turka ocalonego z zagłady tykocińskiego lekarza. Wystawa prezentuje bardzo interesująco również powojenne losy Tykocina.

Ta nowa, bo otwarta 1 lipca 2018 roku wystawa jest naprawdę godna polecenia. Po prostu wchodzi się do otwartego dla każdego przechodnia domu bez żadnych biletów i opłat.

Przepyszne tradycje kuchni żydowskiej można skosztować w kultowej restauracji Tejsza lub Villa Regent.

W tym roku odkryliśmy jeszcze jedno miejsce, gdzie szef kuchni naprawdę ma smak i potrafi przyrządzać wyśmienite polskie dania ze świeżych regionalnych produktów. Taką laurkę wystawiam restauracji Alumnat, w której za sprawą nowego właściciela nastąpiła zmiana,  zarówno w wystroju,  jak i przede wszystkim w serwowanych daniach. Wracaliśmy tu kilka razy i nigdy się nie zawiedliśmy 🙂

Z Tykocina dobrą ale wąską asfaltówką, pięknie położoną wśród lasów, dojechać można do słynnych już w Polsce Kiermus, znanych z ostoi żubra oraz dworku i restauracji Rzym malowniczo położonych nad Narwią.

W tym roku wpadliśmy tu dwukrotnie. Można tu zawsze liczyć na wspaniałą obsługę i proponowane codziennie nowe menu składające się z trzech dań głównych, dwóch zup i gwarantowanego wyjątkowego deseru.

W te upalne dni mogliśmy w cieniu i towarzystwie niezwykle ufnych i pięknych kotów skosztować podlaskich smakołyków.

To także dobre miejsce na studiowanie map i przewodników, co Rysiu bardzo skrupulatnie czynił. Wyszukiwał nowe miejsca do których chcieliśmy dotrzeć.

Ja miałam w tym czasie możliwość chłonięcia licznej lektury, w którą na podróż zaopatrzyła mnie Anitka. 

Kiedy z Kiermus zajrzeliśmy do pobliskiego Pentowa zanosiło się już na niezłą burzę. Mimo to chcieliśmy sprawdzić, czy w Pentowie  jeszcze są bociany, które jak wcześniej pisałam, w większości  opuściły już podlaskie strony. 

Na szczęście okazało się, że w Pentowie jeszcze gościły. Naliczyliśmy 21 bocianów i spiesznie udaliśmy się do samochodu aby czym prędzej uciec przed nadciągającą burzą.

Dotarliśmy do Lach tuż przed burzą, a właściwie nawałnicą, która w ciągu kilkunastu minut powaliła wiele drzew, w tym wiśnię, w cieniu której jeszcze kilka dni temu odpoczywaliśmy na huśtawce.

Na dalszy ciąg moich wakacyjnych relacji zapraszam niebawem 🙂

Wspomnień ciąg dalszy

Jak co roku w Swaderkach pierwszy przystanek w naszej podróży na Podlasie. Łyk kawy, krótki spacer po lesie, delektowanie się piękną taflą jeziora i rozpościerającą się wokół niego panoramą.

Zboczyliśmy nieco z ustalonej trasy aby odwiedzić miejsce pogromu ludności żydowskiej w Jedwabnem. Chcieliśmy pochylić głowę nad tą okrutną zbrodnią i uczcić pamięć pomordowanych.  Należy pamiętać do czego prowadzi szowinizm, rasizm i nietolerancja. Pamięć o mordzie w Jedwabnem  jest potrzebna aby już nigdy nie powtórzyło się taka tragedia.

Z Jedwabnego – prosto do celu naszej podróży. Anula i Paweł od razu wykazały się aktywnością. Pierwsza propozycja jaką otrzymałam to wizyta u cielaków, krów i kur z kogutem na czele grzebiącego stada. Rozmowy, jakie prowadziliśmy były zabawne i rozczulające. Szczerość i prostota bycia jest u dzieci bezcenna. Fotografie poniższe to nie tylko moje dzieło. Część obrazów wykonywały dzieciaki. Małe spryciule. Wychodziło im to całkiem dobrze 🙂

Po obchodzie gospodarstwa były popisy i zabawy a na koniec kapeluszowe przymiarki 🙂

Taki był początek naszego urlopu. Dalszy ciąg relacji niebawem 🙂

Podlaskie wspomnienia

Od naszych wakacji na Podlasiu, wyjątkowo długich w tym roku, minęło już półtora miesiąca. Czas goni, różnych zajęć i obowiązków tak dużo, że trudno było wykroić choć chwilkę na relację z tych pięknych dni.

Pogoda nie zawiodła – wspaniała, czasem upalna, pozwoliła na realizację wszystkich naszych planów (no może poza Białowieżą, ale temu na przeszkodzie nie stanęła bynajmniej pogoda).

Jedynie bociany nas „zawiodły”. Zwykle o tej porze spotykaliśmy w trakcie naszych wojaży blisko 300 bocianów. W tym roku tylko 138. Okazało się, że odleciały dwa tygodnie wcześniej, niż zwykle. Jak informowali ornitolodzy, takie zjawisko nie było do tej pory obserwowane. W ich ocenie długie, gorące i suche lato, które trwało już od maja, sprzyjało ptakom. Dzięki dobrej pogodzie pisklęta szybko wyrosły i opanowały sztukę latania. Reasumując zastaliśmy na Podlasiu jesień w świecie bocianów. W większości pozostały po nich tylko puste gniazda…

(Wieś Giełczyn, gmina Trzcianne)

Wieś Giełczyn oraz kilka innych równie ciekawych miejsc – to plan wycieczki jaką zorganizował nam Grzegorz. Miał nadzieję, a właściwie przekonanie, że w Giełczynie będziemy mogli podziwiać dziesiątki bocianów. Niestety i tutaj zastaliśmy tylko puste gniazda. A było ich na jednej tylko ulicy trzynaście. Na każdym słupie bocianie gniazdo. Jednak Giełczyn nie tylko gniazdami bocianimi stoi. Zachwycały nas przepiękne widoki. Wieś leży bowiem w widłach Biebrzy i Narwi. Ale prawdziwą perłą, jaką przyszło nam podziwiać była drewniana świątynia z 1777 roku. Kościół zachował typowy dla Podlasia barokowy wygląd zewnętrzny.

Duże wrażenie robi dość nietypowa „dzwonnica”. Nieopodal kościoła na wiekowym rozłożystym dębie zostały zawieszone trzy dzwony.

Zauroczył nas też rosnący przy drodze do Gielczyna wiekowy dąb szypułkowy. Ten niebywałej urody pomnik przyrody o obwodzie pnia 444 cm i okazałej równomiernej koronie wzbudza nie tylko zachwyt, ale również respekt. Dla takiego przyrodniczego okazu warto było tu trafić 🙂

Wieś Stare Wnory założona na początku XV wieku przez Wnora (stąd nazwa wsi), przybysza ze wsi Kłoski w łęczyckiem.

Tu zatrzymaliśmy się na chwilę aby uwiecznić na fotografii kościół drewniany wzniesiony w latach 1957 – 1958. Niestety był zamknięty i nie mogliśmy zobaczyć wnętrza świątyni. Posiada ona bowiem pochodzące z kościoła w Kobylinie elementy barokowe z manierystyczną snycerską dekoracją. Dzwon barokowy z 1718 roku pochodzi również z Kobylina.

Każdy drewniany kościół w tych okolicach budzi nasze zainteresowanie. Niektóre z nich bardzo wiekowe są prawdziwymi architektonicznymi perłami.

Okazuje się, że piaszczyste wydmy spotkać można nie tylko na morskich wybrzeżach ale także na nizinnych dolinach rzecznych. Takie zjawisko mogliśmy podziwiać w pobliżu wsi Grądy Woniecko. Niezwykłej urody dolina Narwi i piaszczyste wydmy ścielące się na rozległych pagórkach. Rzeczone wydmy posiadają status zabytku klasy zerowej.

Spacerowaliśmy po piaszczystych wydmach niczym po rozżarzonych węglach. Bowiem żar lał się z nieba a upał tego dnia sięgał 34 stopni.

W Burzynie nad Biebrzą można z punktu widokowego podziwiać rozlewiska Biebrzy. Wieża położona na wzniesieniu umożliwia oglądać szeroką panoramę wijącej się rzeki i jej rozlewisk.

Tu choć na chwilę mogliśmy w ten upalny dzień rozkoszować się silnymi powiewami wiatru, który nieco łagodził lejący się z nieba żar.

Żuraw (fot. Bogusława Kierkli)  często gości w dolinie Biebrzy. Widzieliśmy tego dnia wiele osobników tego gatunku. Niestety mogliśmy podziwiać je tylko z oddali.

Góra Strękowa miejsce dla pasjonatów historii i przyrody.

We wrześniu 1939 roku rozegrała się tu bitwa, która przeszła do historii jako polskie Termopile. 42 tysiące żołnierzy niemieckich walczyło z 720 Polakami, znajdującymi się w schronach bojowych. Ostatnim punktem oporu był bunkier w Strękowej Górze.

To wzniesienie jest doskonałym punktem obserwacyjnym, z którego rozciąga sią przepiękny widok na dolinę Narwi.

Po dużej dawce wiedzy przyrodniczo-historycznej czas na krótki relaks i posiłek. Zatrzymaliśmy się w restauracji „U Dany” w miejscowości Ruś usytuowanej na skraju Biebrzańskiego Parku Narodowego w miejscu gdzie rzeka Biebrza łączy się z Narwią.

Stąd już tylko rzut beretem do Wizny (2 km). Pomimo zmęczenia długą wycieczką, gdzie najbardziej dał się wszystkim we znaki upał, wpadliśmy jeszcze na chwilę do Wizny, żeby sfotografować murale, których w ubiegłym roku nie udało się nam zobaczyć.

Poniższy mural pokazuje polskich żołnierzy w niemieckiej niewoli. Dzieło powstało na podstawie zdjęcia o wymiarach 6 x 8 centymetrów wykonanego 10 września 1939 roku przez niemieckiego żołnierza (prawdopodobnie po przełamaniu przez Niemców polskiej obrony na Górze Strękowej). 

„Odchodzący żołnierz”. Obraz przedstawia żołnierza podziemia niepodległościowego, odchodzącego w kierunku bagien biebrzańskich, by tam dołączyć do swojego oddziału. Praca upamiętnia partyzantów – żołnierzy Armii Krajowej z placówki „Wizna”.

Bohaterem tego ściennego malowidła jest por. Stanisław Brykalski, który podczas walk we wrześniu 1939 roku był zastępcą dowódcy obrony odcinka „Wizna” kapitana Władysława Raginisa. Porucznik Brykalski zginął 9 września, śmiertelnie raniony odłamkiem pocisku. Jest to najnowszy, siódmy wiźnieński mural z 2016 roku.

Ciąg dalszy relacji z podlaskich wakacji w następnych postach 🙂

Powakacyjne refleksje

 

Wakacje już dawno za nami. Były w tym roku bardzo intensywne. Dużo wyjazdów, spotkań. Szczęśliwie wszystkim wakacyjnym poczynaniom towarzyszyła wspaniała, czasem wręcz tropikalna pogoda.

Tak było w Trójmieście, kiedy gościliśmy Mariolę, Kay’ę i Jacka. Piękne dwa tygodnie, wiele wspólnie przeżytych chwil radosnych i bardzo szczęśliwych. Spotkania z nimi zawsze należą do wyjątkowych. I jest to zasługa ich serdeczności, otwartości i szczerości.

Dzisiaj chętnie i z nostalgią wracamy wspomnieniami do tych dni 🙂

Kilka momentów uchwyconych aparatem z naszych wspólnych pięknych wakacji.

 

 

Wakacyjna sesja zdjęciowa, którą zorganizowaliśmy Jackom na pamiątkę wakacji. Piękne artystycznie wykonane zdjęcia to zasługa Agi, która już nie jeden raz tak wspaniale spisała się upamiętniając nasze szczególne rodzinne uroczystości.

Tym razem (a jest to już ich trzecia sesja wykonana przez Agę) Mariolka, Kaya i Jacek w Sobieszewie.

 

 

„Łazienkowa” Frida Kahlo

 

 

Moja fascynacja Fridą Kahlo nie zmienia się. Dwa nowe obrazy (fotografie Fridy), po długich i żmudnych pertraktacjach z Panem szklarzem, prezentują się znakomicie. Udało się nam dopasować fotografie z passepartout i z ramą w punkt. Jestem bardzo zadowolona.

Obrazy super, ale jak przyszło do znalezienia dla nich miejsca, nie było tak „super”. Początkowo miały znaleźć się w kuchni. Ostatecznie jednak ich miejscem jest łazienka. Przynajmniej teraz. Jak będzie kiedyś? Nie wiem. Lubię zmiany 🙂

 

 

Recykling dżinsów

 

Druga, duża pakowna torba ze starych dżinsów Rysia. Można ją nosić w ręce, lub zarzucić na ramię. Powstała, podobnie jak poprzednia przy pomocy Pani Irminy, która wykonała najtrudniejszą pracę. Wykroiła i uszyła torbę łącznie z podszewką. Mój był pomysł i fason oraz zdobienia w postaci różnych naszywek.

Ogromną zaletą torby jest jej wyjątkowość i niepowtarzalność. Ponadto jest lekka, co w przypadku jej gabarytów jest bardzo istotne.

 

 

Wakacje z dziadkami

 

Wakacje naszych dzieci bardzo różniły się od tych, jakie mają nasi wnukowie.

Dzisiaj często gry na smartfonie i bajki w telewizji wygrywają z tym, co na dworze. Chociaż, przyznać muszę, że nasze wnuki mają przez swoich rodziców rygorystycznie reglamentowane oglądanie bajek. Poza domem czekają teraz na dzieci różne, często doskonale wyposażone place zabaw, to jednak zawsze zabawy odbywają się pod nadzorem dorosłych.

A ich rodzice, nasze dzieci, mogły samopas do woli całe dnie spędzać na podwórku przy trzepaku, czy piaskownicy. Do domu wracały tylko na chwilę na obiad czy przysłowiową kanapkę.

Nasze wnuki w czasie wakacji czas jakiś pozostają pod naszą opieką. W tym czasie Rodzice pozwalają Babci na drobne ustępstwa. Babcia może podkarmiać wnuki słodyczami (oczywiście w miarę rozsądku), pozwala obejrzeć bajki (też w ograniczonym czasie), pójść wspólnie do kina.

Staramy się dawać wnukom pełne poczucie bezpieczeństwa i chociaż daleko nam do ideału, to ważne, że po prostu jesteśmy.

Im dziecko starsze, tym obecność Dziadków w jego życiu staje się ważniejsza. Dzięki nam uczą się nowych rzeczy i poznają świat z zupełnie innej perspektywy niż ten pokazywany przez ich rodziców. Uczymy ich empatii i szacunku do osób starszych, mówimy o swoich doświadczeniach. Opowiadamy o czasach, gdy nie wszyscy mieli telewizję, a telefony miały tarcze, nie ekrany.

Im jestem starsza, tym mam w sobie więcej akceptacji i spokoju. Z takim podejściem łatwiej jest mi dawać wnukom bezwarunkową miłość i dużo cierpliwości. Od własnych dzieci wymagałam więcej posłuszeństwa, wnukom pozwalam czasem wejść sobie na głowę.

Tadzio i Kajtuś spędzili u nas drugi tydzień lipca.

W tym czasie chłopcy uczestniczyli we wspólnym kucharzeniu. Racuchy na jogurcie podane z borówkami amerykańskimi chłopcy jedli po raz pierwszy. Gofry, które konsumowali wielokrotnie na mieście, u Babci  mieli sposobność osobistego uczestniczenia w procesie ich powstawania.

Odlotowy Nielot, to film, który wspólnie ze mną oglądnęli w kinie.

Był wspólny wypad na lody i do restauracji na obiad.

Z ciocią Anitką odwiedzili oliwskie zoo i gdyńskie akwarium, że nie wspomnę futbolowych wyczynów na naszym osiedlu.

Ale najbardziej cenię sobie wspólnie spędzony z nimi czas, wspólne zabawy, rozmowy, czytanie, po prostu bycie razem… 🙂

 

 

Początek wakacji z Olenką u Sowy na lodach i na zakupach w Alfie.

 

 

Popisy Olenki podczas zakupów przybierały różne formy…

 

 

Na koniec tradycyjnie truskawkowy lizak z empiku i powrót do domu koniecznie tramwajem.

 

 

Początek wakacji to także intensywny czas prób w teatrze, do którego zawoziliśmy i odbieraliśmy Olenkę. W czasie dwóch godzin prób mieliśmy sposobność pospacerować sopockim nadmorskim deptakiem i podziwiać jego uroki.

 

 

Po zakończeniu teatralnych zajęć mieliśmy wspólny różny repertuar. Były wspólne lancze u Włocha albo wyjazd na cały dzień na wieś do Tuchomka, albo jak wspomniany wyżej wypad do galerii.

 

 

W domu miałyśmy także sposobność wspólnego kucharzenia. Olenka uwielbia ten rodzaj aktywności. Jest bardzo staranna i sumienna, choć czasem na podłodze zostają widoczne ślady jej aktywności 🙂

 

 

Zadania malarskie, to także duża przyjemność dla Olenki i muszę przyznać duża umiejętność.

 

 

Olenka pod czujnym okiem Tatusia szlifuje swoje rolkowe umiejętności. Tobiś  dotrzymuje jej kroku na rowerku, na którym śmiga aż strach patrzeć 🙂

 

 

Wspólny wyjście z Olenką do kina na film „Co w trawie piszczy” no i wspólne lody oczywiście!

 

 

Wyjście do kina zawsze łączy się z zakupami, które obydwie bardzo lubimy. Upolowałyśmy w Vistuli fajny tiszert dla Dziadziusia (ten na wystawie) 🙂

 

 

Na koniec tradycyjny lizak z empiku…

 

 

Chłopcy w oczekiwaniu na spektakl filmowy…

 

 

Jak co roku w Tucholi

 

Jak co roku w Tucholi, parafrazując przebój Zbigniewa Wodeckiego. Który to rok z rzędu? Najpewniej szósty.

Początek lipca, upalnie jak zawsze i pięknie jak zawsze. Kiedy wjeżdżamy do tego miasteczka już czuję jakieś miłe podniecenie i radość. To wszak nie moje rodzinne strony, ale… Może dlatego, że Ryś wiąże z tym miastem tyle wspomnień i wrażeń i mnie tymi emocjami zaraził, a może to Tuchola tak urzeka i przyciąga niczym magnes ? Nie wiem, ale czuję się tu naprawdę wspaniale!

W tym roku przyjechaliśmy z Jolą, która odwiedzała kuzynki.

Rysiu pierwszy dzień spędził z dawnymi koleżankami i kolegami na zjeździe absolwentów, a ja chłonęłam uroki miasteczka i odpoczywałam w cieniu wiekowych lip i przy pięknej fontannie z łabędziami. Spacerowałam wąskimi starymi uliczkami oraz po odrestaurowanym rynku, gdzie mnóstwo uroczych kamieniczek i gdzie mieści się kawiarnia Łuczniczka, w której można wypić najlepszą czekoladę i kupić najwspanialsze czekoladowe wyroby.

Drugiego dnia już wspólnie chłonęliśmy tucholskie klimaty.

 

 

To zdjęcie uważam za najlepsze, jakie udało mi się zrobić podczas naszej trzydniowej podróży. Uroczy prawda?

 

 

Polski street art rośnie w siłę, skoro nawet w małej Tucholi zmaterializował się na ścianie kamienicy. Ten mural został wykorzystany dla reklamy. Nie jest żadnym arcydziełem i nie ma żadnego głębszego przekazu poza reklamą, ale jest i pusta dotąd ściana budynku na pewno nieco zyskała na wyglądzie. Wszak mural, muralowi nie równy. Ten nie zachwyca, jak inne potrafią, ale może być.

 

 

To drzewo rosnące w tucholskim przydomowym ogrodzie bardzo mnie zaintrygowało. Nie widziałam bowiem dotąd nigdzie takiej rośliny. W jej rozpoznaniu pomógł mi internet. Jest to wiecznie zielona roślina – magnolia wielokwiatowa (grandiflora). To cenny gatunek ogrodowy, który zachwyca skórzastymi liśćmi o jajowatym kształcie oraz kwiatami w kształcie czarek.

 

     

    Drugi dzień naszej tucholskiej eskapady to wyjazd do Mąkowarska i Lucimia.

    W Mąkowarsku odwiedziliśmy na cmentarzu grób mamy Felicji i wiele innych rodzinnych grobów.

     

     

    W Lucimiu spędziliśmy cały dzień. To nasz obowiązkowy punkt programu, podczas wycieczki do Tucholi. Rodzinnie i serdecznie jak zawsze. Wizyta przedłużyła się do późnych godzin wieczornych. Niespodziankę sprawił nam przyjazd Ignaca i Oleni, których Grażynka „zwerbowała” i przywiozła z Gościeradza. Wspaniały pomysł. Nie widzieliśmy się z nimi ładnych kilka lat. Kuzyni mogli wspólnie wznieść toast za miłe spotkanie i wspólnie kibicować.

    Olenka rzuciła pomysł zjazdu rodzinnego, który wszyscy obecni przyjęli z wielką radością. Od razu ustaliliśmy wstępny termin na 26 kwietnia 2019 roku. Załatwienie spraw formalnych wzięła na siebie Olenia.  Mnie zleciła powiadomienie i zachęcenie do udziału wszystkich od strony Taty Józefa.

    Po kilku dniach otrzymałam potwierdzenie terminu. Zjazd rodzinny odbędzie się tak jak planowaliśmy, 26 kwietnia w piątek 2019 roku w miejscowości Dobrcz.  Restauracja zarezerwowana, orkiestra też. 🙂

     

     

    Wujek zaproszony przez Romka do układania puzzli, nie potrafił odmówić i tylko jednym okiem zerkał na mecz.

     

     

    Trzeciego dnia przed wyjazdem do domu spotkanie z Basią, Marylą, Leonem i Jolą. Basia i Maryla, jako rodowite tucholanki miały z Rysiem wiele wspólnych tematów i jak się okazało, wielu wspólnych znajomych.

    Wizyta miała ograniczyć się do przysłowiowego kwadransa, a przedłużyła się kilkukrotnie. A wszystko za sprawą wspomnień z odległych szkolnych czasów. Nostalgia jest nam wszystkim bliska. Dziękujemy za miłe spotkanie i do zobaczenia w Trójmieście. 🙂

     

     

    Przed wyjazdem z Tucholi obowiązkowe zaopatrzenie w czekoladowe pyszności. My już po zakupach – Jola w trakcie.

     

     

     

    Flaming

     

    Obraz w ramie z realistyczną ilustracją flaminga

    Flaming karmazynowy, czerwoniak (Phoenicopterus ruber) obraz Johna Jamesa Audubona – amerykańskiego ornitologa, przyrodnika i malarza, którego dziełem życia było skatalogowanie, opisanie i namalowanie ptaków Ameryki Północnej.

    Spośród setek ilustracji flamingów, jakie przejrzałam – ten zdecydowanie skradł moje serce. Z pomocą niezawodnego Pana szklarza z całej palety barw passe-partout i różnorodnych ram, wybraliśmy, moim zdaniem, wersję optymalną.

    Zdjęcia niestety nie dokładnie oddają kolorystykę (zwłaszcza te robione w WC, gdzie obraz znalazł swoje miejsce).

     

     

    3 latka Tobisia

     

    Trzecie urodziny Tobisia świętowaliśmy kameralnie. Zabrakło tylko Natki z Rodziną. Przeszkodą okazał się wyjazd do Węgorzewa na Mazury, gdzie udali się całą czwóreczką na upragniony wypoczynek.

    Udało się natomiast Tacie Chrzestnemu pogodzić termin urlopu, jaki z rodziną spędzał na Wybrzeżu, z urodzinami Tobiego.

    Urodziny planowane były w plenerze w Tuchomku. Niestety pogoda pokrzyżowała plany i uroczystość odbyła się w domu, gdzie wszystko wypadło na medal.

    To były bardzo miłe chwile spędzone z Jubilatem i Jego gośćmi. Tobiś był nieco skonfudowany ilością otrzymanych prezentów i obecnością niecodziennych gości i zdecydowanie mniej niż zwykle się uśmiechał. Zachował umiarkowaną powagę, jak przystoi poważnemu trzylatkowi. Nie znalazł nici porozumienia z dziewczynkami, które od pierwszej chwili wspaniale się rozumiały. Bawiły się wyśmienicie. Kreatorem zabawy, jak zwykle okazała się Olenka. Dziewczynki zorganizowały ad hok gabinet fryzjersko-kosmetyczny, którego pierwszymi klientkami były lalki i manekiny, a następnie do gabinetu zostali zaproszeni wszyscy uczestnicy urodzin. Na makijaż w wykonaniu młodych adeptek sztuki kosmetycznej zdecydował się Dziadzio Rysiu i Mamusia Aga.

    Tobińciu nasz kochany trzylatku, nasza mała pociecho – jeszcze raz wszystkiego najlepszego 🙂