Październik 2nd, 2018

Twierdza położona jest na bagnach, w zwężeniu doliny Biebrzy, na trasie Białystok – Ełk, kilka kilometrów za Mońkami.

Kilka lat temu próbowaliśmy zwiedzić Twierdzę Osowiec. Niestety ulewa, jaka nas tam zastała nie pozwoliła  zrealizować tego planu. Wróciliśmy więc tu ponownie.

Ze względu na położenie twierdzy na terenie jednostki wojskowej, zwiedzanie dostępne jest tylko z przewodnikiem.

Przewodnik czeka na grupę zwiedzających przed wejściem do jednostki wojskowej. My trafiliśmy na Pana Mirosława Woronę, który historię tego miejsca przedstawił w sposób nietuzinkowy i humorystyczny. To prawdziwy pasjonat. Poświęcił temu miejscu większość swojego życia. Każdemu zwiedzającemu indywidualnie przeznaczył choć chwilę uwagi. Były żarty, opowiastki no i drobne nagrody dla każdego.

Ze składających się na obiekt czterech fortów, do zwiedzania udostępniony jest tylko pierwszy fort centralny. W nim mieści się również Muzeum Twierdzy. Pozostałe ze względu na zły stan techniczny są niedostępne.

W okresie 1882 – 1892 w Osowcu wybudowana została jedna z największych twierdz chroniących północno-zachodnie granice Imperium Rosyjskiego.

Jej rozbudowa trwała aż do wybuchu I wojny światowej. W czasie wojny Niemcy przez ponad pół roku przeprowadzali ataki na twierdzę aż 1915r. wojska rosyjskie zmuszone były do opuszczenia fortyfikacji. Wojska niemieckie stacjonowały tu do 1919r. Potem Polacy zostali gospodarzami fortu.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, Niemcy objęli fortecę na krótko, bo zgodnie z paktem Ribbentrop – Mołotow została przekazana wojskom sowieckim.

Twierdza Osowiec została wpisana do rejestru zabytków. To najcenniejszy (obok Kanału Augustowskiego), obiekt na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

 

 

Tego samego dnia odwiedziliśmy miejsce kaźni niemal wszystkich mieszkańców Tykocina w lesie łopuchowskim.

Panuje tu wymowna cisza oraz uczucie smutku i żalu. Każdy kto odwiedzi to miejsce nie może przejść wobec tej zbrodni obojętnie. Dla mnie było to porażające i niebywale zatrważające przeżycie.

Do tej niewyobrażalnej tragedii doszło w dniach 25 i 26 sierpnia 1941 roku w lesie koło Łopuchowa. Wcześniej rozkazano setkom chłopów z okolicznych wsi wykopać trzy głębokie doły. Każdy z nich miał dwanaście metrów długości, cztery metry szerokości i pięć metrów głębokości. Niemcy, funkcjonariusze 306 i 309 policyjnego batalionu seriami z karabinów maszynowych mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci żydowskie. W sumie ponad 500 rodzin. Leśne mogiły skrywają ciała bez mała 2.400 osób.

Po wyzwoleniu masowe groby zostały oznakowane. Na wzniesionym w tym miejscu pomniku umieszczono napis o treści: „Tu spoczywają Żydzi z Tykocina i okolic zamordowani przez hitlerowców w sierpniu 1941 roku. W 50 rocznicę zbrodni mieszkańcy ziemi tykocińskiej”.

 

 

0
Posted in inne |
Październik 2nd, 2018

Do Supraśla,  małego miasteczka w Puszczy Knyszyńskiej, wiedzie z Białegostoku kręta droga przez piękne lasy. To miasto ma ponad 500 letnią historię. Leży nad wijącą się niczym wąż rzeką Supraśl, która jest dopływem Narwi. To bardzo spokojna rzeka pełna malowniczych zakoli.

Supraśl odwiedziliśmy kilka lat temu. Wtedy zwiedziliśmy Monaster. Tym razem naszym celem było muzeum ikon. W trakcie zwiedzania towarzyszą śpiewy liturgii prawosławnej.  Przewodnik dokładnie omawia symbolikę ikon, sztukę ich pisania i historię. Byliśmy zachwyceni panią, która nas oprowadzała. Robiła to bardzo profesjonalnie, przystępnie i z dużą kulturą. Z ogromnym zainteresowaniem słuchaliśmy i oglądaliśmy przepiękne zbiory muzealne. Muzeum szczyci się największym w Polsce zbiorem XVIII, XIX i XX-wiecznych ikon. Oprócz ikon można tu podziwiać XVI-wieczne freski pochodzące z cerkwi Zwiastowania NMP. Zbiory ikon to głównie zdobycze podlaskich celników, które zostały odebrane przemytnikom na granicy.

 

 

Będąc w Supraślu trudno nie wstąpić do pobliskich Kruszynian.  Ta niewielka wieś leży obok granicy z Białorusią. Miejscowość niezwykła. Obok Białegostoku to największe centrum polskich Tatarów. Żyje tu sześć tatarskich rodzin. Obok nich także prawosławni i katolicy.

Pierwsze kroki skierować należy do meczetu zbudowanego w 1975 roku. Wyjątkowo barwnym i dowcipnym przewodnikiem jest Dżemil Gembicki. Jego opowieści o historii i zwyczajach tatarskich przeplatane są różnymi dowcipami, którymi Pan Dżemil sypie jak z rękawa.

 

 

Nieopodal za meczetem, w lesie na wzgórzu znajduje się mizar  –  cmentarz muzułmański.

 

 

Oczywiście wycieczka do Kruszynian nie byłaby udana, gdyby nie odwiedzić Tatarskiej Jurty, gdzie u Pani Dżennety  pokosztować można specjały kuchni tatarskiej. Przeto zaraz po zwiedzaniu udaliśmy się do rzeczonej Jurty.

 

 

Rysiu rozpoczął chłodnikiem, który w ten upalny dzień smakował wyśmienicie.

 

 

Wyśmienity był także pierekaczewnik . To danie z bardzo cienko rozwałkowanego ciasta jak na makaron przekładane mięsem z  jagnięciny.

 

 

Manty – pierogi gotowane na parze z białym serem, bardzo dokładnie przemielonym, jogurtem oraz sosem malinowym. Rysiu zamówił to danie na deser i się nie zawiódł. Były wyśmienite.

 

 

Natomiast manty na ostro z białym serem, czosnkiem i marchewką, polane suto masłem i posypane z wierzchu orzeszkami mnie osobiście nie przypadły do gustu. Były za mało wyraziste w smaku.

 

 

Blisko 50 km od Kruszynian trafić można do Bohonik. To mała wioska licząca 30 domów. Mieszkają tu cztery rodziny muzułmanów.

Meczet odbudowany w XIX wieku figuruje w rejestrze zabytków.

Dzięki uprzejmości opiekującej się nim Tatarki Pan Eugenii Radkiewicz można odwiedzać meczet codziennie. Pani Eugenia siada na schodach minbaru i opowiada o tym jak król Sobieski nadał Tatarom tutejsze ziemie, o tym jak wyglądają ich modlitwy, w co wierzą i jakim prawom islamu podlegają. Na koniec swojego wywodu zadaje pytania zwiedzającym, niczym nauczyciel w szkole, sprawdzając co zapamiętali z jej wypowiedzi.

 

 

Tyle o Supraślu, Kruszynianach i Bohonikach, które były celem naszej jednodniowej wyprawy. Przed nami jeszcze inne wycieczki, o którym wspomnę niebawem.

 

0
Posted in inne |
Październik 1st, 2018

Nie byłoby urlopu na Podlasiu, gdybyśmy nie odwiedzili Tykocina. W tym roku byliśmy tu aż siedem razy. Dla nas to miasteczko oprócz wyjątkowego klimatu posiada również magię. To ona właśnie przyciąga nas tu niczym magnes. I chociaż w trakcie naszych turystycznych wojaży widzieliśmy wiele klimatycznych miasteczek, to Tykocin pod wieloma względami jest szczególny.

Spacerując po rynku, gdzie góruje XVIII wieczny pomnik Stefana Czarneckiego i barokowy kościół czy Alumnat, odpoczywając na ustawionych wzdłuż rynku ławkach można zaznać autentycznego spokoju i wyciszenia.

Wspomniałam o magi tego miasteczka. Wynika ona najpewniej z historii tego miejsca. Nostalgia,  rozważanie, żal i tęsknota za tym światem, który przeminął bezpowrotnie i po którym pozostały tylko nieliczne ślady pamięci.

 

 

Na rynku zachowało się kilka drewnianych domów. We wnętrzu jednego z nich przy ulicy Placu Czarneckiego 10 urządzono niewielką wystawę na temat śladów tykocińskiej architektury drewnianej.

Na wystawie pod nazwą „133 opowieści – Tykocin w latach 1885 – 2018” miasteczko prezentowane jest poprzez opowiadania o losach mieszkańców oraz przedmiotów.

Początek opowieści to rok 1885  czyli rozpoczęcie budowy domu przy Placu Czarnieckiego 10 przez Maksymiliana Kizlinga, mularza z Saksonii.

Ekspozycja została przygotowana  z mieszkańcami miasta i potomkami Żydów tykocińskich z Izraela, Australii, USA i Turcji. Eksponowane są tu różne pamiątki rodzinne, fotografie, dokumenty urzędowe i przedmioty życia codziennego. Można tu odsłuchać bardzo poruszające wspomnienia Abrahama Turka ocalonego z zagłady tykocińskiego lekarza. Wystawa prezentuje bardzo interesująco również powojenne losy Tykocina.

Ta nowa, bo otwarta 1 lipca 2018 roku wystawa jest naprawdę godna polecenia. Po prostu wchodzi się do otwartego dla każdego przechodnia domu bez żadnych biletów i opłat.

 

 

Przepyszne tradycje kuchni żydowskiej można skosztować w kultowej restauracji Tejsza lub Villa Regent.

W tym roku odkryliśmy jeszcze jedno miejsce, gdzie szef kuchni naprawdę ma smak i potrafi przyrządzać wyśmienite polskie dania ze świeżych regionalnych produktów. Taką laurkę wystawiam restauracji Alumnat, w której za sprawą nowego właściciela nastąpiła zmiana,  zarówno w wystroju,  jak i przede wszystkim w serwowanych daniach. Wracaliśmy tu kilka razy i nigdy się nie zawiedliśmy 🙂

 

 

Z Tykocina dobrą ale wąską asfaltówką, pięknie położoną wśród lasów, dojechać można do słynnych już w Polsce Kiermus, znanych z ostoi żubra oraz dworku i restauracji Rzym malowniczo położonych nad Narwią.

W tym roku wpadliśmy tu dwukrotnie. Można tu zawsze liczyć na wspaniałą obsługę i proponowane codziennie nowe menu składające się z trzech dań głównych, dwóch zup i gwarantowanego wyjątkowego deseru.

W te upalne dni mogliśmy w cieniu i towarzystwie niezwykle ufnych i pięknych kotów skosztować podlaskich smakołyków.

To także dobre miejsce na studiowanie map i przewodników, co Rysiu bardzo skrupulatnie czynił. Wyszukiwał nowe miejsca do których chcieliśmy dotrzeć.

Ja miałam w tym czasie możliwość chłonięcia licznej lektury, w którą na podróż zaopatrzyła mnie Anitka. 

 

Kiedy z Kiermus zajrzeliśmy do pobliskiego Pentowa zanosiło się już na niezłą burzę. Mimo to chcieliśmy sprawdzić, czy w Pentowie  jeszcze są bociany, które jak wcześniej pisałam, w większości  opuściły już podlaskie strony. 

Na szczęście okazało się, że w Pentowie jeszcze gościły. Naliczyliśmy 21 bocianów i spiesznie udaliśmy się do samochodu aby czym prędzej uciec przed nadciągającą burzą.

 

 

Dotarliśmy do Lach tuż przed burzą, a właściwie nawałnicą, która w ciągu kilkunastu minut powaliła wiele drzew, w tym wiśnię, w cieniu której jeszcze kilka dni temu odpoczywaliśmy na huśtawce.

 

 

Na dalszy ciąg moich wakacyjnych relacji zapraszam niebawem 🙂

 

 

0
Posted in inne |
Wrzesień 30th, 2018

Jak co roku w Swaderkach pierwszy przystanek w naszej podróży na Podlasie. Łyk kawy, krótki spacer po lesie, delektowanie się piękną taflą jeziora i rozpościerającą się wokół niego panoramą.

 

 

Zboczyliśmy nieco z ustalonej trasy aby odwiedzić miejsce pogromu ludności żydowskiej w Jedwabnem. Chcieliśmy pochylić głowę nad tą okrutną zbrodnią i uczcić pamięć pomordowanych.  Należy pamiętać do czego prowadzi szowinizm, rasizm i nietolerancja. Pamięć o mordzie w Jedwabnem  jest potrzebna aby już nigdy nie powtórzyło się taka tragedia.

 

 

Z Jedwabnego – prosto do celu naszej podróży. Anula i Paweł od razu wykazały się aktywnością. Pierwsza propozycja jaką otrzymałam to wizyta u cielaków, krów i kur z kogutem na czele grzebiącego stada. Rozmowy, jakie prowadziliśmy były zabawne i rozczulające. Szczerość i prostota bycia jest u dzieci bezcenna. Fotografie poniższe to nie tylko moje dzieło. Część obrazów wykonywały dzieciaki. Małe spryciule. Wychodziło im to całkiem dobrze 🙂

Po obchodzie gospodarstwa były popisy i zabawy a na koniec kapeluszowe przymiarki 🙂

 

 

Taki był początek naszego urlopu. Dalszy ciąg relacji niebawem 🙂

 

 

 

0
Posted in inne |
Wrzesień 30th, 2018

Od naszych wakacji na Podlasiu, wyjątkowo długich w tym roku, minęło już półtora miesiąca. Czas goni, różnych zajęć i obowiązków tak dużo, że trudno było wykroić choć chwilkę na relację z tych pięknych dni.

Pogoda nie zawiodła – wspaniała, czasem upalna, pozwoliła na realizację wszystkich naszych planów (no może poza Białowieżą, ale temu na przeszkodzie nie stanęła bynajmniej pogoda).

Jedynie bociany nas „zawiodły”. Zwykle o tej porze spotykaliśmy w trakcie naszych wojaży blisko 300 bocianów. W tym roku tylko 138. Okazało się, że odleciały dwa tygodnie wcześniej, niż zwykle. Jak informowali ornitolodzy, takie zjawisko nie było do tej pory obserwowane. W ich ocenie długie, gorące i suche lato, które trwało już od maja, sprzyjało ptakom. Dzięki dobrej pogodzie pisklęta szybko wyrosły i opanowały sztukę latania. Reasumując zastaliśmy na Podlasiu jesień w świecie bocianów. W większości pozostały po nich tylko puste gniazda…

 

(Wieś Giełczyn, gmina Trzcianne)

 

Wieś Giełczyn oraz kilka innych równie ciekawych miejsc – to plan wycieczki jaką zorganizował nam Grzegorz. Miał nadzieję, a właściwie przekonanie, że w Giełczynie będziemy mogli podziwiać dziesiątki bocianów. Niestety i tutaj zastaliśmy tylko puste gniazda. A było ich na jednej tylko ulicy trzynaście. Na każdym słupie bocianie gniazdo. Jednak Giełczyn nie tylko gniazdami bocianimi stoi. Zachwycały nas przepiękne widoki. Wieś leży bowiem w widłach Biebrzy i Narwi. Ale prawdziwą perłą, jaką przyszło nam podziwiać była drewniana świątynia z 1777 roku. Kościół zachował typowy dla Podlasia barokowy wygląd zewnętrzny.

Duże wrażenie robi dość nietypowa „dzwonnica”. Nieopodal kościoła na wiekowym rozłożystym dębie zostały zawieszone trzy dzwony.

 

 

Zauroczył nas też rosnący przy drodze do Gielczyna wiekowy dąb szypułkowy. Ten niebywałej urody pomnik przyrody o obwodzie pnia 444 cm i okazałej równomiernej koronie wzbudza nie tylko zachwyt, ale również respekt. Dla takiego przyrodniczego okazu warto było tu trafić 🙂

 

 

Wieś Stare Wnory założona na początku XV wieku przez Wnora (stąd nazwa wsi), przybysza ze wsi Kłoski w łęczyckiem.

Tu zatrzymaliśmy się na chwilę aby uwiecznić na fotografii kościół drewniany wzniesiony w latach 1957 – 1958. Niestety był zamknięty i nie mogliśmy zobaczyć wnętrza świątyni. Posiada ona bowiem pochodzące z kościoła w Kobylinie elementy barokowe z manierystyczną snycerską dekoracją. Dzwon barokowy z 1718 roku pochodzi również z Kobylina.

Każdy drewniany kościół w tych okolicach budzi nasze zainteresowanie. Niektóre z nich bardzo wiekowe są prawdziwymi architektonicznymi perłami.

 

 

Okazuje się, że piaszczyste wydmy spotkać można nie tylko na morskich wybrzeżach ale także na nizinnych dolinach rzecznych. Takie zjawisko mogliśmy podziwiać w pobliżu wsi Grądy Woniecko. Niezwykłej urody dolina Narwi i piaszczyste wydmy ścielące się na rozległych pagórkach. Rzeczone wydmy posiadają status zabytku klasy zerowej.

Spacerowaliśmy po piaszczystych wydmach niczym po rozżarzonych węglach. Bowiem żar lał się z nieba a upał tego dnia sięgał 34 stopni.

 

 

W Burzynie nad Biebrzą można z punktu widokowego podziwiać rozlewiska Biebrzy. Wieża położona na wzniesieniu umożliwia oglądać szeroką panoramę wijącej się rzeki i jej rozlewisk.

Tu choć na chwilę mogliśmy w ten upalny dzień rozkoszować się silnymi powiewami wiatru, który nieco łagodził lejący się z nieba żar.

 

 

Żuraw (fot. Bogusława Kierkli)  często gości w dolinie Biebrzy. Widzieliśmy tego dnia wiele osobników tego gatunku. Niestety mogliśmy podziwiać je tylko z oddali.

 

 

Góra Strękowa miejsce dla pasjonatów historii i przyrody.

We wrześniu 1939 roku rozegrała się tu bitwa, która przeszła do historii jako polskie Termopile. 42 tysiące żołnierzy niemieckich walczyło z 720 Polakami, znajdującymi się w schronach bojowych. Ostatnim punktem oporu był bunkier w Strękowej Górze.

To wzniesienie jest doskonałym punktem obserwacyjnym, z którego rozciąga sią przepiękny widok na dolinę Narwi.

 

 

 

Po dużej dawce wiedzy przyrodniczo-historycznej czas na krótki relaks i posiłek. Zatrzymaliśmy się w restauracji „U Dany” w miejscowości Ruś usytuowanej na skraju Biebrzańskiego Parku Narodowego w miejscu gdzie rzeka Biebrza łączy się z Narwią.

 

 

Stąd już tylko rzut beretem do Wizny (2 km). Pomimo zmęczenia długą wycieczką, gdzie najbardziej dał się wszystkim we znaki upał, wpadliśmy jeszcze na chwilę do Wizny, żeby sfotografować murale, których w ubiegłym roku nie udało się nam zobaczyć.

Poniższy mural pokazuje polskich żołnierzy w niemieckiej niewoli. Dzieło powstało na podstawie zdjęcia o wymiarach 6 x 8 centymetrów wykonanego 10 września 1939 roku przez niemieckiego żołnierza (prawdopodobnie po przełamaniu przez Niemców polskiej obrony na Górze Strękowej). 

 

 

„Odchodzący żołnierz”. Obraz przedstawia żołnierza podziemia niepodległościowego, odchodzącego w kierunku bagien biebrzańskich, by tam dołączyć do swojego oddziału. Praca upamiętnia partyzantów – żołnierzy Armii Krajowej z placówki „Wizna”.

 

 

Bohaterem tego ściennego malowidła jest por. Stanisław Brykalski, który podczas walk we wrześniu 1939 roku był zastępcą dowódcy obrony odcinka „Wizna” kapitana Władysława Raginisa. Porucznik Brykalski zginął 9 września, śmiertelnie raniony odłamkiem pocisku. Jest to najnowszy, siódmy wiźnieński mural z 2016 roku.

 

 

Ciąg dalszy relacji z podlaskich wakacji w następnych postach 🙂

 

 

0
Posted in inne |
Wrzesień 29th, 2018

 

Jesienią tradycyjnie przetwarzam większą ilość buraków. Od kilku lat buraki ekologiczne kupuję za pośrednictwem Ali ze sprawdzonego źródła. W tym roku przetworzyłam 15 kg. Połowę buraków starłam na tarce i ulokowałam w słoikach. Pozostałe zamarynowałam w plasterkach.

Marynowane buraczki to pyszny dodatek do sałatek szczególnie tych z dodatkiem wyrazistego smaku sera pleśniowego, gorgonzoli, fety lub sera koziego i orzechów. Jest też doskonałym dodatkiem do śledzi. Plasterki buraków to też smaczna przekąska i dodatek do obiadu. Zalewę z buraków można wykorzystać do barwienia ryżu, śledzi, dodać do barszczu.

Przygotowanie takich buraczków jest bardzo proste i niezbyt pracochłonne. Najwięcej czasu zajmuje samo gotowanie lub pieczenie buraków.  

Umyte nie obrane buraki gotujemy. Nie należy ich przegotować. Najlepiej zostawić al dente.

Ja osobiście wolę buraki pieczone. W tym celu każdego umytego buraka zawijam szczelnie w folię aluminiową, układam na blasze i piekę w temperaturze 200 stopni przez godzinę. Czas pieczenia zależy od wielkości buraków. Jeśli są większe należy je piec nieco dłużej.
Ugotowane lub upieczone buraki studzimy i obieramy ze skórki. Kroimy w cienkie plastry i wkładamy do słoików. Do każdego słoika wsypujemy pół łyżeczki nasion gorczycy i zalewamy gorącą zalewą. Pasteryzujemy przez 15 minut od momentu zagotowania wody. Słoiki wyjmujemy z wody, dokręcamy i odstawiamy na ręcznik do góry dnem. Przykrywamy drugim ręcznikiem i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
 
 
Zalewa:
1 szklanka octu 10 %
5 szklanek wody
3 łyżki cukru
1 łyżka soli
 
 

 
0
Posted in kulinaria |
Wrzesień 27th, 2018

 

Tę gigantyczną dynię przywieźliśmy z Podlasia. Wyhodowana została przez mojego kuzyna Mariana.

Trochę poczekała aż znajdę czas, aby się nią zająć. Jej gabaryty, mówiąc szczerze, mnie przerażały.

Większość miąższu dyni poszła na mus, który zamroziłam. Będzie służył jako baza do przygotowania zup, ciast, babeczek, placków, kotletów, racuchów czy też jako składnik farszu do pierogów i naleśników. Zastosowanie tego produktu wszechstronne.

Część nie zamrożoną przeznaczyłam jako składnik do dżemu z węgierkami. Te ostatnie czekały zamrożone na swoją kolejkę. Dżem śliwkowo-dyniowy wyszedł wyśmienity. Dodatek korzeni (cynamonu i goździków) uderza na tyle solidnie, że dżem jest aromatyczny i wyrazisty. Natomiast sok z cytryny sprawia, że nabiera świeżości i nie jest mdły.

Podana ilość cukru jest według mnie idealna. Dżem jest słodki, ale nie za słodki. Jeśli jednak ktoś woli słodszy smak, można zwiększyć ilość cukru, lub zmniejszyć, jeśli jest się zwolennikiem niskosłodzonych przetworów.

 

 

1,5 kg wypestkowanych śliwek węgierek

800 g dyni (po obraniu)

300 g cukru

sok z 2 cytryn

1,5 łyżeczki mielonego cynamonu

12 zmielonych goździków

 

Dynię obieramy i kroimy w kostkę.

Umyte i osuszone śliwki pozbawiamy pestek i kroimy na ćwiartki.

Dodajemy cukier i podgrzewamy na wolnym ogniu do momentu aż śliwki i dynia zmiękną.

Następnie w celu uzyskania jednolitej masy po uprzednim przestudzeniu całość miksujemy.

Zmiksowaną masę ponownie podgrzewamy. Dodajemy przyprawy korzenne i sok z cytryny. Smażymy cały czas mieszając do momentu uzyskania pożądanej konsystencji.

Gorący gotowy dżem przekładamy do słoiczków. Zakręcamy i odwracamy do góry dnem.

 

 

 

0
Posted in kulinaria |
Wrzesień 26th, 2018

Wakacje już dawno za nami. Były w tym roku bardzo intensywne. Dużo wyjazdów, spotkań. Szczęśliwie wszystkim wakacyjnym poczynaniom towarzyszyła wspaniała, czasem wręcz tropikalna pogoda.

Tak było w Trójmieście, kiedy gościliśmy Mariolę, Kay’ę i Jacka. Piękne dwa tygodnie, wiele wspólnie przeżytych chwil radosnych i bardzo szczęśliwych. Spotkania z nimi zawsze należą do wyjątkowych. I jest to zasługa ich serdeczności, otwartości i szczerości.

Dzisiaj chętnie i z nostalgią wracamy wspomnieniami do tych dni 🙂

Kilka momentów uchwyconych aparatem z naszych wspólnych pięknych wakacji.

 

 

Wakacyjna sesja zdjęciowa, którą zorganizowaliśmy Jackom na pamiątkę wakacji. Piękne artystycznie wykonane zdjęcia to zasługa Agi, która już nie jeden raz tak wspaniale spisała się upamiętniając nasze szczególne rodzinne uroczystości.

Tym razem (a jest to już ich trzecia sesja wykonana przez Agę) Mariolka, Kaya i Jacek w Sobieszewie.

 

 

0
Posted in inne |
Wrzesień 26th, 2018

 

Budki lęgowe typ Sokołowski, które kupiliśmy u Pana Jana z Chroszczy. Ręcznie robione, malowane drewnochronem. Proste w stylu rustykalnym, takie jak lubię. Niewątpliwą ich zaletą jest to, że są otwierane, co umożliwia ich czyszczenie. Do tego tanie jak przysłowiowy barszcz.

Znalazłam je w internecie. W czasie urlopu na Podlasiu odwiedziliśmy Pana Jana i nabyliśmy od niego trzy budki, które poniżej już w pełnej krasie prezentują się w Tuchomku.

W sumie mamy już 11 domków dla ptaków. Mogą z początkiem wiosny szukać sobie tu schronienia. My z uwagą i przyjemnością będziemy obserwować ich skrzydlatych lokatorów 🙂

 

 

 

0
Posted in w Tuchomku |
Wrzesień 25th, 2018

Na realizację tarasu czekaliśmy od maja. Pan stolarz miał tzw. „poślizg”. No cóż wprawdzie sezon się kończy, ale za to nowy rozpoczniemy, bez żadnych obaw, z przytupem 🙂

Nie wykluczone, że złota Polska jesień pozwoli nam jeszcze wypić na nowym tarasie nie jedną kawę. Taką mamy nadzieję 🙂

Pozostało jeszcze uporządkowanie terenu wokół tarasu. Ale to już drobiazg.

 

 

0
Posted in w Tuchomku |