Calineczka

Czas nadrobić zaległości 🙂

23 marca w Sopockim Teatrze Muzycznym Baabus Musicalis mieliśmy niebywałą przyjemność obejrzeć premierę spektaklu pt. „Calineczka”, w którym Olenka wcieliła się w postać motyla Bielinka.

…W purpurowym tulipanie malusieńkie mam mieszkanie.
słowo daję, że nie kłamię, że w nim miejsca dla mnie dość…”

Spektakl kolorowy, magiczny, piękny. Kostiumy, charakteryzacja i scenografia oczarowała wszystkich widzów. Gratulacje i ogromne brawa dla młodych aktorów oraz przede wszystkim dla Jagody i Bąbla 🙂

Tobiś – wierny fan Olenki z dużym zainteresowaniem oglądał spektakl. Po spektaklu, gdy scena opustoszała z dużą ochotą na nią wkroczył, czuł się niczym ryba w wodzie i z tylko jemu znanym wdziękiem nas czarował.

Koniec przedstawienia. Czas na łyk kawy i dobre ciasta. Rodzice, Dziadkowie i Ciocia bardzo dumni i szczęśliwi.

Świąteczna fotograficzna relacja

Wokół Świąt Bożego Narodzenia – fotorelacja

Najmłodsze pokolenie czynnie i z dużą radością uczestniczy w pieczeniu pierników. Wszak wałkowanie ciasta, to dla Tobisia niczym zabawa plasteliną. 🙂 

Dekoracja, to domena Olenki. Każdy pierniczek niczym maleńkie arcydzieło. Brawo Olenko ! 🙂 Dodać muszę, że ich piękny wygląd dorównał smakowi. Pychota!

Czar Wigilijnej wieczerzy. W tym roku spędziliśmy święta w gronie najbliższych i najukochańszych.

Wszyscy, wszystkim ślą życzenia…

Gwiazdor przybył znienacka i zostawił całą furę prezentów. W rolę pomocnika Gwiazdora wcielił się Rysiu, który przy pomocy wszystkich milusińskich zdołał uporać się z rozdaniem upominków. Przednia zabawa i ogromna radość dzieciaków 🙂

Rysieńku, a jednak potrafisz zaskoczyć. DZIĘKUJĘ. Stuprocentowa niespodzianka. Szacun za sposób i oprawę wręczenia. To było wzruszające Gwiazdorku Kochany. 🙂

W drugi dzień świąt obchodziliśmy Jubileusz Jerzyka. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia… Rodzinnie, bardzo smakowicie i wesoło. Jeszcze raz sto lat Jerzyczku! 🙂

Przy choince u Ali, Rysia i Wojtka. Alu, u Was zawsze czujemy się wspaniale 🙂

Jeszcze raz – wakacje na Podlasiu

Reminiscencja z Frank przedstawiona na fotografiach.

Na początku moi mali ulubieńcy. Wracam często wspomnieniami do chwil spędzonych w ich towarzystwie. Ania moja mała przyjaciółka, z którą mamy wspólny język w wielu kwestiach. Do niemal codziennego naszego rytuału należało czytanie bajek i układanie puzzli. Czasem również Pawełek dołączał do nas. Niekiedy zabawy w trójkę kończyły się maleńką awanturką. Samo życie. Dzieci w końcu dochodziły do porozumienia, choć czasem niezbędny był negocjator.

Podwórkowe harce  w wykonaniu najmłodszych przybierały różne formy. Popisów co nie miara. Kreatywność często zaskakująca, ale zawsze bardzo ciekawa, czasem nawet intrygująca.

Młode pokolenie w komplecie. Chwile spędzane w takiej konfiguracji były bardzo wesołe i gwarne. Starsze dziewczynki zawsze znajdowały wspólne porozumienie a ich poczynania i zabawy były czasami zaskakujące  (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu).

Świąteczny obiad w towarzystwie całej rodziny.

Moja kochana Aldonka ma już 49 lat… Jej jubileusz świętowaliśmy wesoło i z humorem. Aldonko jeszcze raz sto lat i niech Ci się spełni pomyślane w tym dniu życzenie 🙂

W Białymstoku byliśmy w czasie urlopu trzykrotnie. Nasza pierwsza wyprawa ograniczyła się do spaceru po plantach, obiadu i lodów. Upał w tym dniu był potworny. Zimny chłodnik, lody i cień starych drzew na plantach pozwolił choć trochę zmniejszyć dotkliwość tropikalnego skwaru.

Celem kolejnych dwóch wypraw do Białegostoku były mecze Jagiellonii. I chociaż na boisku nie zawsze było do śmiechu, to my bawiliśmy się wspaniale. No cóż tak to bywa w grze raz na wozie, raz pod…

Siedziba Narwiańskiego Parku Narodowego w Kurowie mieści się w uroczym dworku. Na terenie byłego parku dworskiego mieści się ogródek dydaktyczny, jest wieża widokowa oraz kładka wśród bagien. Wspaniałe miejsce, przyjemnie zorganizowane i bardzo przyjazne dla turysty. To ostatni, zachowany w niemal naturalnym stanie fragment bagiennej doliny rzecznej. Nie dziwota, że zawsze odwiedzamy Kurowo. Tak było i w tym roku.

Dobry sposób na zbiór węgierek. Nie potrzeba drabiny… A węgierki były wspaniałe. Ich przetwory do dziś goszczą w mojej piwnicy.

W drodze powrotnej. Chwila wytchnienia i odpoczynku tradycyjnie w Swaderkach 🙂

Koryciny i inne

Nie da się zaprzeczyć, że lubimy wieś, zwłaszcza starą, która powoli odchodzi w zapomnienie. Dlatego bardzo chętnie odwiedzamy takie miejsca. Koryciny niewątpliwie kojarzą się właśnie z takimi klimatami. Byliśmy tu już trzeci raz. Na tę turystyczną eskapadę zabrał nas Grzesiu i Jola. Pogoda dopisała. Mogliśmy spędzić kilka wspaniałych godzin wśród natury, urzekać się pięknem kwiatów i ziół oraz ich obłędnym zapachem. A przy tym dobrze się bawić.

Zioła tu produkowane są nieodzownym elementem moich kulinarnych poczynań. Mogę je kupić u siebie w Gdańsku, ale będąc w Korycinach nigdy nie wracam z pustą ręką. Kiedy odwiedzam tutejszy sklep z Darami Natury zawsze  wychodzę z niego suto zaopatrzona w zioła i przetwory tu produkowane.

Tym razem nieco zawiodła nas tutejsza karczma. Chyba nie trafiliśmy z wyborem dań. Najgorzej trafił Grzegorz… Ale to bynajmniej nie popsuło nam dobrego nastroju. Nie mniej jednak poobiednią kawę skonsumowaliśmy gdzie indziej.

„Krętymi drogami”  udało się nam trafić do wsi Pomigacze, na uboczu której mieści się Majątek Howieny. Tu w klimatycznym miejscu napiliśmy się dobrej kawy. Były też lody i sernik, na które niestety trzeba było  trochę poczekać, jednak ich ogromna porcja całkowicie nam to zrekompensowała.

Majątek otoczony jest lasami i drewnianym ogrodzeniem, a za nim bardzo stare, drewniane zabudowania, okazały dworek w którym mieści się karczma. Wszystkie zabudowania są  autentyczne, wiekowe, przywiezione czasem z odległych okolic. Miejsce naprawdę godne polecenia 🙂

Z Pomigacz to już tylko przysłowiowe dwa kroki do Niewodnicy. Tam właśnie trafiliśmy. W gabinecie – co za niespodzianka – Bazylika katedralna w otoczeniu murów starego Gdańska. Wybór miejsca na obraz w pełni zakceptowany. Super. Mamy nadzieję, że patrząc na to malarskie dzieło będziecie czasem nas wspominać 🙂

Osowiec

Twierdza położona jest na bagnach, w zwężeniu doliny Biebrzy, na trasie Białystok – Ełk, kilka kilometrów za Mońkami.

Kilka lat temu próbowaliśmy zwiedzić Twierdzę Osowiec. Niestety ulewa, jaka nas tam zastała nie pozwoliła  zrealizować tego planu. Wróciliśmy więc tu ponownie.

Ze względu na położenie twierdzy na terenie jednostki wojskowej, zwiedzanie dostępne jest tylko z przewodnikiem.

Przewodnik czeka na grupę zwiedzających przed wejściem do jednostki wojskowej. My trafiliśmy na Pana Mirosława Woronę, który historię tego miejsca przedstawił w sposób nietuzinkowy i humorystyczny. To prawdziwy pasjonat. Poświęcił temu miejscu większość swojego życia. Każdemu zwiedzającemu indywidualnie przeznaczył choć chwilę uwagi. Były żarty, opowiastki no i drobne nagrody dla każdego.

Ze składających się na obiekt czterech fortów, do zwiedzania udostępniony jest tylko pierwszy fort centralny. W nim mieści się również Muzeum Twierdzy. Pozostałe ze względu na zły stan techniczny są niedostępne.

W okresie 1882 – 1892 w Osowcu wybudowana została jedna z największych twierdz chroniących północno-zachodnie granice Imperium Rosyjskiego.

Jej rozbudowa trwała aż do wybuchu I wojny światowej. W czasie wojny Niemcy przez ponad pół roku przeprowadzali ataki na twierdzę aż 1915r. wojska rosyjskie zmuszone były do opuszczenia fortyfikacji. Wojska niemieckie stacjonowały tu do 1919r. Potem Polacy zostali gospodarzami fortu.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, Niemcy objęli fortecę na krótko, bo zgodnie z paktem Ribbentrop – Mołotow została przekazana wojskom sowieckim.

Twierdza Osowiec została wpisana do rejestru zabytków. To najcenniejszy (obok Kanału Augustowskiego), obiekt na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Tego samego dnia odwiedziliśmy miejsce kaźni niemal wszystkich mieszkańców Tykocina w lesie łopuchowskim.

Panuje tu wymowna cisza oraz uczucie smutku i żalu. Każdy kto odwiedzi to miejsce nie może przejść wobec tej zbrodni obojętnie. Dla mnie było to porażające i niebywale zatrważające przeżycie.

Do tej niewyobrażalnej tragedii doszło w dniach 25 i 26 sierpnia 1941 roku w lesie koło Łopuchowa. Wcześniej rozkazano setkom chłopów z okolicznych wsi wykopać trzy głębokie doły. Każdy z nich miał dwanaście metrów długości, cztery metry szerokości i pięć metrów głębokości. Niemcy, funkcjonariusze 306 i 309 policyjnego batalionu seriami z karabinów maszynowych mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci żydowskie. W sumie ponad 500 rodzin. Leśne mogiły skrywają ciała bez mała 2.400 osób.

Po wyzwoleniu masowe groby zostały oznakowane. Na wzniesionym w tym miejscu pomniku umieszczono napis o treści: „Tu spoczywają Żydzi z Tykocina i okolic zamordowani przez hitlerowców w sierpniu 1941 roku. W 50 rocznicę zbrodni mieszkańcy ziemi tykocińskiej”.

 

Supraśl, Kruszyniany i Bohoniki

Do Supraśla,  małego miasteczka w Puszczy Knyszyńskiej, wiedzie z Białegostoku kręta droga przez piękne lasy. To miasto ma ponad 500 letnią historię. Leży nad wijącą się niczym wąż rzeką Supraśl, która jest dopływem Narwi. To bardzo spokojna rzeka pełna malowniczych zakoli.

Supraśl odwiedziliśmy kilka lat temu. Wtedy zwiedziliśmy Monaster. Tym razem naszym celem było muzeum ikon. W trakcie zwiedzania towarzyszą śpiewy liturgii prawosławnej.  Przewodnik dokładnie omawia symbolikę ikon, sztukę ich pisania i historię. Byliśmy zachwyceni panią, która nas oprowadzała. Robiła to bardzo profesjonalnie, przystępnie i z dużą kulturą. Z ogromnym zainteresowaniem słuchaliśmy i oglądaliśmy przepiękne zbiory muzealne. Muzeum szczyci się największym w Polsce zbiorem XVIII, XIX i XX-wiecznych ikon. Oprócz ikon można tu podziwiać XVI-wieczne freski pochodzące z cerkwi Zwiastowania NMP. Zbiory ikon to głównie zdobycze podlaskich celników, które zostały odebrane przemytnikom na granicy.

Będąc w Supraślu trudno nie wstąpić do pobliskich Kruszynian.  Ta niewielka wieś leży obok granicy z Białorusią. Miejscowość niezwykła. Obok Białegostoku to największe centrum polskich Tatarów. Żyje tu sześć tatarskich rodzin. Obok nich także prawosławni i katolicy.

Pierwsze kroki skierować należy do meczetu zbudowanego w 1975 roku. Wyjątkowo barwnym i dowcipnym przewodnikiem jest Dżemil Gembicki. Jego opowieści o historii i zwyczajach tatarskich przeplatane są różnymi dowcipami, którymi Pan Dżemil sypie jak z rękawa.

Nieopodal za meczetem, w lesie na wzgórzu znajduje się mizar  –  cmentarz muzułmański.

Oczywiście wycieczka do Kruszynian nie byłaby udana, gdyby nie odwiedzić Tatarskiej Jurty, gdzie u Pani Dżennety  pokosztować można specjały kuchni tatarskiej. Przeto zaraz po zwiedzaniu udaliśmy się do rzeczonej Jurty.

Rysiu rozpoczął chłodnikiem, który w ten upalny dzień smakował wyśmienicie.

Wyśmienity był także pierekaczewnik . To danie z bardzo cienko rozwałkowanego ciasta jak na makaron przekładane mięsem z  jagnięciny.

Manty – pierogi gotowane na parze z białym serem, bardzo dokładnie przemielonym, jogurtem oraz sosem malinowym. Rysiu zamówił to danie na deser i się nie zawiódł. Były wyśmienite.

Natomiast manty na ostro z białym serem, czosnkiem i marchewką, polane suto masłem i posypane z wierzchu orzeszkami mnie osobiście nie przypadły do gustu. Były za mało wyraziste w smaku.

Blisko 50 km od Kruszynian trafić można do Bohonik. To mała wioska licząca 30 domów. Mieszkają tu cztery rodziny muzułmanów.

Meczet odbudowany w XIX wieku figuruje w rejestrze zabytków.

Dzięki uprzejmości opiekującej się nim Tatarki Pan Eugenii Radkiewicz można odwiedzać meczet codziennie. Pani Eugenia siada na schodach minbaru i opowiada o tym jak król Sobieski nadał Tatarom tutejsze ziemie, o tym jak wyglądają ich modlitwy, w co wierzą i jakim prawom islamu podlegają. Na koniec swojego wywodu zadaje pytania zwiedzającym, niczym nauczyciel w szkole, sprawdzając co zapamiętali z jej wypowiedzi.

Tyle o Supraślu, Kruszynianach i Bohonikach, które były celem naszej jednodniowej wyprawy. Przed nami jeszcze inne wycieczki, o którym wspomnę niebawem.